czwartek, 6 sierpnia 2009

Nie przy jedzeniu (5)

- Może by tak poszukać tego całego Livingstone'a. – zaproponował major – A jak już go znajdziemy, to powiemy na przywitanie coś takiego, że wszystkie gazety o tym napiszą. Na przykład: „Góra z górą się nie zejdzie...” Albo tak bardziej szutliwie: „Co jest, doktorku ?”

- Widzi pan, drogi majorze, - odparł sceptycznie Szczurkin – owszem, prawda, że ostatni raz widziano doktora Livingstone'a dobre dwadzieścia lat temu, ale to było w opactwie Westminster podczas jego pogrzebu. Może nasz młodszy kolega wyczytał w gazecie coś bardziej aktualnego.

Jakkolwiek gazeta pochodziła jeszcze z kairskiego hotelu, wyglądało na to, że jej zawartość i tak wyprzedza zasób wiedzy majora Kuropatkina o sprawach bieżących. Na usprawiedliwienie majora musimy jednak dodać, że dostępna w klubie oficerskim prasa daleko chętniej informowała o zagranicznych niepowodzeniach niż o sukcesach. Informację o chwalebnym końcu wyprawy redaktora Stanleya cenzura zastąpiła satyrycznym rysunkiem przedstawiającym palmy, Beduina i opasłego reportera z napisem „PRESS” na cylindrze i grubym cygarem w zębach. „Słowa po miedzianym drucie biegną szybciej od waszych wielbłądów” chwalił się reporter, na co Beduin, nie wiedzieć czemu ubrany w burnus i tołstojowską koszulę, odpowiadał: „Za to nasze wielbłądy nie umieją kłamać”.

środa, 5 sierpnia 2009

Nie przy jedzeniu (4)

- Konkretnie - odparła hrabina - to po nieśmiertelność świecką, albowiem o duchową zatroszczyłam się już jako dziecko, odbywszy pieszą pielgrzymkę do świętego Jakuba.

Ponieważ nikt z obecnych nie wiedział, że rodzina de Chlaque mieszkała wtedy przy rue Saint Jacques, kilka kroków od kościoła parafialnego pod tymże wezwaniem, wyznanie hrabiny zrobiło na obecnych wrażenie może nie piorunujące, ale co najmniej błyskawiczne, żeby nie powiedzieć grzmotne. Trzeba bowiem przyznać, że z instynktów religijnych przejawiała hrabina dotąd jedynie pretensje, iż wszyscy uczestnicy wyprawy grzeszą wobec niej myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Zwłaszcza lord Firefox systematycznie grzeszył zaniedbaniem poprzez uporczywe unikanie okazji do zgrzeszenia z hrabiną uczynkiem.

- Se sa, panowie, nieśmiertelność świecką. Taką o której mówił ten słynny filozof, komą ilsaple, że niby "Czterdzieści lat i nic dla nieśmiertelności". Nie chcę pewnego dnia powtórzyć tego o sobie.

Szczerze mówiąc, feralny rok, w którym hrabina mogłaby odnieść do siebie to powiedzonko, minął już dość dawno, ale zebrani przy stole zachowali należną powagę.
Graf Szczurkin westchnął na tyle udatnie, że mogło to ujść za poparcie refleksyjnej nuty rozmówczyni.

- Niech tam i świecką. - odparł zgodnie - Kto ma jakieś propozycje ?

poniedziałek, 6 lipca 2009

Nie przy jedzeniu (3)

- A może by co zasiać ? - odpowiedział w końcu Stiepan, gdyż cisza stała się już absolutnie nie do zniesienia jak, nie przymierzając, sześcienne jajo.
- A niby co ? - spytał Biboj, wykorzystując z jednej strony ogólne osłupienie, a z drugiej - rzadką okazję, aby wreszcie wygłosić kwestię wolną od bezokoliczników i obowiązkowego słowa "moja".
- A choćby i maniok - odparł Stiepan z erudycją właściwą staremu obieżyświatowi - albo inne sorgo.
- Ejże, panowie - nie wytrzymała hrabina - wasza służba zrobiła się terriblemą pyskata.

Major i lord skurczyli się pod jej wzrokiem jak kocięta przyłapane na czymś bardzo szpetnym, co kocięta mają w zwyczaju robić. Tylko nie pytajcie mnie na czym, bo nigdy nie sprawowałem nad tymi bestiami opieki, a jedynie obiło mi się o uszy to i owo, ale co konkretnie, tego już nie potrafię sobie przypomnieć. Dodajmy jeszcze, że wzrok hrabiny de Chlaque posiadał wyjątkową przewiertność nawylotową i świdrowatość dentystycznie szybkoobrotową - zwłaszcza gdy wypuszczony został znad stylowych pince-nez, zwanych przez majora nososzczypkami.

- Tak to jest, kiedy się nie odpowiada na pytania. - podchwycił graf Szczurkin - Co robimy jutro ?
- Idziemy po sławę i nieśmiertelność - wyrwał się lord Firefox i zaraz się zarumienił z przejęcia, czego na szczęście nikt nie zauważył w befsztykokrwistych promieniach zachodzącego słońca. Nikt oprócz wrednego narratora, który nie byłby sobą, gdyby tego żenującego faktu nie ujawnił.
- A konkretnie ? - spytał Szczurkin, uradowany, że rozmowa jakoś zaczęła się kleić, nawet jeśli jej początek miał intelektualną wagę strusiego pióra.

piątek, 3 lipca 2009

Kamienne tablice

Dotarł wreszcie do podnóża góry i ostrożnie postawił tablice na ziemi. Otarł pot z czoła, rozmasował obolałe krzyże. Do obozu zostało już tylko kilka kroków.

- Mojżeszu, pozwól tu jeszcze na chwilkę. – oznajmił dostojny Głos z okolic szczytu.
- Czy to konieczne, Panie ? – spytał Mojżesz, próbując zawrzeć w intonacji co bardziej uciążliwe fragmenty przebytego szlaku.
- Obawiam się, że tak. Kiedy mówiłem “tablice po prawej”, to chodziło o Moją prawą stronę. Sam zobacz.

Pełen złych przeczuć zaczął czytać pierwszą z brzegu:

… poza tym, nie istnieje język, w którym “krokodyl” i “żaba” różnią się tylko jednym znakiem diakrytycznym, więc nie przyjmuję do wiadomości przedstawionego wytłumaczenia.
Do czasu wyjaśnienia całej sprawy, zobowiązuję Archanioła odpowiedzialnego za akcję “Egipt” do odebrania podległym służbowo aniołom wszystkich butów, pasków oraz innych wyrobów z krokodylej skóry i złożenia ich w depozycie za pokwitowaniem imiennym.


Spojrzał na drugą:

... nowelizacja budżetu i sięgnięcie do rezerw celowych wody były niezbędne, gdyż z przedstawionych symulacji wynikało, że planowane pierwotnie podtopienie piwnic w Ur przyniesie jedynie krótkotrwałe efekty lokalne, dużo skromniejsze od zamierzonych.

- Ależ ze mnie cielec – westchnął Mojżesz.
Spojrzał za siebie na stromą ścieżkę, jeszcze raz pomasował plecy. Dźwignął ciężkie brzemię i już miał ruszyć w drogę, gdy nagle przypomniał sobie historię patriarchy Abrahama.
– Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę: a gdyby tak jedna z tablic troszkę się ukruszyła ?

środa, 1 lipca 2009

Wspomnienia z przyszłości

Taki na przykład Jacek Jarecki utyskuje, że rok 2001 dawno minął, a nie można kopnąć się rakietą na Księżyc z przesiadką w Spławiu. A przecież tyle przepowiedni z powieści SF spełniło się co do joty. Na przykład Philip K. Dick opisał w powieści Galaktyczny druciarz jak to (w godzinach pracy !) urzędnicy wykorzystują globalną sieć komputerową do zabaw w zgadywanki. Trzeba zgadnąć jak brzmiał oryginalny tekst nim zabrał się do niego elektroniczny tłumacz. A że powieść została opublikowana w 1969 roku, może warto uczcić okrągłą rocznicę i pokazać niedowiarkom, że zażywamy właśnie przyszłości i żyjemy w świecie spełnionych wizji.

Tak sobie pomyślałem i w godzinach pracy uruchomiłem googlowego tłumacza. Czym by go nakarmić ? Własnym tekstem byłoby nieskromnie, a klasykami - obrazoburczo; wybór padł na Referenta. Wytnij, wklej - i już wrzucam w paszczę mózgu elektronowego:

Podniósł się z trawy i zaczął rozglądać za jakąś niepotrzebną kanką albo przynajmniej czajnikiem. W tym czasie Marcjanik poślizgnął się na liściu łopianu i wpadł do kanału. Kiełbasa zniknęła, a bochen chleba płynął w stronę stawu jak parostatek.

Poprosiłem o tłumaczenie na czeski, żeby było łatwo na początek. Myk-myk uwinął się tłumacz gracko. To ja zaraz proszę, żeby apiać na polski.
- Ooo, to prosty tekst - powiedział sobie w duchu elektromózg, natężył lekko kapacitrony, i zaraz mnie uraczył czymś takim:

Wynikły z trawy i zaczęli szukać wszelkich zbędnych lub przynajmniej Kaňka czajnik. W tym czasie Marcjanik poślizgnął liści łopianu i wszedł do kanału. Kiełbasa udał, a następnie bochen chleba w stawie, jak parowca.

Zuch tłumacz, pomyślałem. A spróbuj teraz, robaczku, angielskiego z francuskim. Spróbował. Nawet o wierszówkę nie spytał, tylko zaraz:

Wyniki trawę i zaczął szukać zbędnych, lub przynajmniej Kaňka puli. W tym czasie Marcjanik poślizgnął liści łopianu i wszedł do łańcucha. Kiełbasa poszedł, a następnie bochen chleba w stawie, takich jak pary.

Tu mi zaimponował. No, myślę, Referent pewnie ciekaw jak to przez portugalski przejdzie, a skoro już, to i hiszpańskim można rozbarszczyć. Tylko tę Kaňkę poprawiłem, bo mnie już trochę mierziła. I tak oto setki lat naukowego rozwoju ludzkości uraczyły mnie jeszcze ambitniejszym fragmentem prozy:

Wyniki trawę i zaczął szukać niepotrzebnych lub przynajmniej Kankava puli. Następnie Marcjanik poślizgnął liści łopianu i przybył do więzienia. Kiełbasa była, a następnie, misy chleba w stawie, jak para wodna.

Nu, pajechali, stwierdziłem i wrzuciłem hindi, na co Tłumacz wyświetlił tekst:

Jest wynikiem trawy i zaczął widzieć lub przynajmniej niepotrzebne Kankava statki. Następnie Marcjanik poślizgnął, łopianu i pozostawia go do więzienia. Mięsa i chleba w stawie, parowych i wodnych miski.

Ale ten tekst tylko mignął, a na ekranie pojawiło się wyraźne

Spieprzaj dziadu

i to dwudziestopunktową czcionką.

Ale może już wtedy trochę przysnąłem, bo nie słyszałem o żadnym innym przypadku, żeby się komputer wkurzył. Chociaż, kiedy wspomnę tego HALa z "Odysei kosmicznej", to zaczynam się obawiać, że kolejna wizja stoi już w kolejce do rzeczywistości.